O psach, wojownikach i leniwcach, czyli co zrobić, żeby się chciało, kiedy się nie chce

Często słyszy się : „Joga? To nie dla mnie, trzeba być rozciągniętym…”. Sama tak myślałam. Kiedy pierwszy raz poszłam na zajęcia do szkoły jogi, na wstępie usprawiedliwiałam się, że ja taka raczej zastała, nierozciągnięta. Na to padło pytanie : „ A kto twierdzi, że trzeba być rozciągniętym?”. Usłyszałam wtedy, że patrząc na sprawę z czysto fizycznego punktu widzenia, rozciągnięcie jest efektem regularnych ćwiczeń, a na początek ważniejsze są siła i równowaga.

Z mojego doświadczenia wynika, że dla rozwijania praktyki kluczowe nie są ani elastyczność ciała, ani siła, one przychodzą z czasem. Podstawą jest żelazna konsekwencja w pojawianiu się na macie. Najtrudniejsze w praktyce jogi, a mowa tu o praktyce regularnej i rzetelnej, jest niepoddawanie się argumentacji wewnętrznego leniwca.

Oczywiście, jeśli dana aktywność nam nie odpowiada, to nie ma co w ogóle wchodzić w dyskusję. Wtedy leniwiec jest nad wyraz elokwentny. Nie ma szans, wiem coś o tym. Nie cierpiałam chodzić na siłownię. I nie chodziłam, bo było tak słonecznie i pięknie na zewnątrz, bo padało, bo kłuło mnie pod lewym żebrem, a nawet dlatego, że nie miałam ze sobą wody, a przecież nie kupię wody na siłowni. O laboga!  No nie za taką cenę!

Więc pierwszą sprawą było znalezienie czegoś odpowiedniego. Dla mnie taką aktywnością okazała się joga. Po zakończonej sesji czuję się świetnie. A jednak zawsze nadchodzi taki dzień, że na samą myśl o macie wewnętrzny leniwiec bierze głęboki oddech, żeby zacząć tyradę.

Co wtedy? Z pomocą przyszła rada Dorana Hanocha. W swojej książce Joga, ajurweda, techniki oddechowe. Najskuteczniejsze metody na złagodzenie stresu, przywrócenie równowagi oraz zdrowe życie autor pisze: „Bywają dni, kiedy nie chce mi się ćwiczyć jogi. Wtedy zwyczajnie pojawiam się w przeznaczonym na to miejscu i wykonuję jakieś małe, przyjemne czynności. Obserwuję swoje palce wyjmujące zapałkę z pudelka, ruch zapałki pocieranej o bok pudełka oraz magię pojawiającego się płomienia. Powoli zapalam świecę. Świeczki zawsze mnie rozweselają. Następnie siadam na brzegu maty i biorę kilka głębokich wdechów. Czuję wdzięczność wydobywającą się z mojego serca. […] Pierwszy krok […] polegał na zwykłym stawieniu się w miejscu przeznaczonym na ćwiczenia. Potem zawsze coś się dzieje. Kiedy jednak tam się nie pojawimy, nic się nie wydarzy”. [Hanoch, 2017, s. 34]

Działa? Tak, działa. Kiedy słyszę ten płaczliwy głosik w swojej głowie: „Nie, nie, dzisiaj nic nie robię, dzisiaj nie, bo to, siamto i owamto”, mimo wszystko siadam na macie. Nie staram się zakrzyczeć tego biadolenia. Nie chcę ćwiczyć, dobrze, nie będę ćwiczyć, nie będzie psa, ani z głową do góry, ani w dół, ale te 30 minut zarezerwowane na praktykę w domu spędzę na macie. Jak już chwilę poleżę na plecach, pooddycham głęboko, pokołyszę się masując plecy, w którymś momencie zaczynam rozciągać kręgosłup w pozycji kota i krowy, a stąd już tylko jeden krok do psa i całego oddziału wojowników. I czasem ten krok zrobię, a czasem nie, ale i tak mam poczucie, że poświęciłam sobie te pół godziny i zrobiłam dla siebie coś dobrego.

 

 

Może zainteresuje Cię:

 

YouTube na macie

Trzy tattvy Yin Jogi

Gwiezdny pył w procesie ustawicznej przemiany i jak o niego zadbać

Prakriti, vikriti, test na określenie dominującej doszy

Asany, czyli miejsce psa w tradycji jogi

2 odpowiedzi na “O psach, wojownikach i leniwcach, czyli co zrobić, żeby się chciało, kiedy się nie chce”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s