Lekkostrawna dieta społecznościowa

„Jak Cię nie ma na Facebooku, to tak, jakbyś nie istniał.” Tak mawiało się swego czasu. Teraz, kiedy już kilkanaście dobrych lat z mediami społecznościowymi żyjemy, niektórzy całkiem świadomie decydują się na niebyt.

Przez długi czas opierałam się social mediom. W sumie opór towarzyszy mi nadal, bo konto mam jedynie na FB. Założyłam je kilka lat temu, żeby coś tam polubić i dostać zniżkę. Nie używałam go aż do połowy 2016 roku, kiedy to odchodziłam z poprzedniej pracy. Dowiedziałam się wtedy, że posiadanie FB jest warunkiem absolutnie koniecznym, żeby utrzymywać kontakty towarzyskie z ekipą z dawnej pracy. I tak po trochu zaczęłam się wciągać w całe to facebookowe scrollowanie, aż ostatnio uznałam, że potrzebuję odwyku.

Po trzech latach czułam zdecydowany przesyt. Byłam zmęczona, przytłoczona nawałem niepotrzebnych mi do szczęście informacji. Coraz bardziej poirytowana zalewem reklam, tworzących we mnie nieistniejące potrzeby (no bo jak żyć bez bransoletki z kryształów górskich!?!).  Przestrach budziły artykuły, mówiące o zmianach zachodzących w mózgu i o drastycznym obniżeniu czasu możliwości skupienia uwagi (link do artykułu znalazłam na Facebooku, żeby było śmieszniej). A do tego wszystkiego przygnębiało mnie poczucie straty czasu, który mogłabym wykorzystać w dużo lepszy sposób.

Swoje narastające poczucie dyskomfortu miałam okazję skonfrontować z bardzo ciekawym wystąpieniem Bailey Parnell w ramach TEDxRyersonU zatytułowanym Is Social Media Hurting Your Mental Health?

I jaka jest odpowiedź? Jaki więc jest wpływ social mediów na zdrowie psychiczne? Odpowiedź brzmi : lęk, depresja, stres, dotykające coraz więcej, szczególnie młodych ludzi. Nie będę przywoływała badań i statystyk, na które powołuje się mówczyni, chciałabym za to wymienić za nią przyczyny tego stanu, bo pozwalają w pełni uświadomić sobie wiele mechanizmów, które podskórnie przeczuwamy.

I tak pierwszym winnym jest rozdźwięk między feerią barw w social mediach, a tym jak szare, bure i byle jakie wydaje się nam nasze życie. Koleżanka pluska się wśród fal (a do tego całkiem nieźle wygląda w bikini), kolega znowu na koncercie. A ja? Ja nie. I frustracja narasta, bo rzadko włącza nam się racjonalny tryb, który mówi nam, że nie oglądamy cudzej codzienności, ale właśnie te wspaniałe momenty, które chcemy pamiętać i którymi chcemy się dzielić. Zamiast tego zestawiamy swoje zakulisowe życiowe zmagania z cudzymi chwilami w świetle reflektorów. Poczucie życiowego niedosytu kiełkuje i wzrasta codziennie podlewane doniesieniami z cudzego „lepszego” życia.

Drugi winny – społeczna waluta jakim stały się lajki, komentarze, udostępnienia, które są miernikiem wartości zamieszczanych treści. I, jak zwraca uwagę autorka cytowanego wystąpienia, nie stanowi to problemu, kiedy sprzedajemy jakiś towar, problemem jest jednak to, że w social mediach sprzedajemy siebie. Pozwalamy innym przypisywać nam wartość. A brak utwierdzenia nas w tym, że to, co udostępniamy podoba się naszej publiczności zwyczajnie boli.

Trzeci w kolejce jest strach, że coś nas ominie. Wydarzenie, nawiązanie znajomości, strach przed zwyczajnym byciem „nie na bieżąco”. I tak tkwimy uwiązani do mediów społecznościowych obawiając się, że wypadniemy z obiegu. Znam to uczucie i często myślę, że jest kuriozalne. Jeszcze trzy lata temu nie było mnie w mediach społecznościowych i funkcjonowałam całkiem nieźle. Więcej dzwoniłam do znajomych, chodziłam na warsztaty/wydarzenia kulturalne, które mnie interesowały. Może, a nawet z pewnością, miałam w jakiś sposób ograniczony dostęp do informacji, ale jednocześnie nie miałam uczucia przytłoczenia ilością wydarzeń, które warto by zaliczyć. Nie chcę demonizować. Niedawno byłam na fenomenalnych warsztatach, o których bym nie wiedziała, gdyby nie informacja na FB. Jednak wydaje mi się ważne, żeby mieć świadomość, że to wszystko ma swoją cenę.

I po czwarte – przemoc z jaką można spotkać się w mediach społecznościowych, która jest zjawiskiem częstszym niżby się wydawało. Małe cegiełki, które składają się na duży problem, jakim jest przewlekły stres, lęk, depresja.

Co zatem zrobić, żeby w tej relacji z social mediami było nam lepiej?

Po pierwsze warto mieć świadomość jaki wpływ na nas wywierają. Spojrzeć na swoje własne doświadczenie, zastanowić się, co nam dają i co odbierają, i wtedy przejść do działania, sprawić, żeby nasze doświadczenie było jak najlepsze. Czujesz niepokój i musisz sprawdzić co się dzieje za każdym razem, kiedy widzisz powiadomienie na ekranie telefonu? Odinstaluj aplikację. Irytują cię wydarzenia z Wiejskiej? Przestań obserwować strony poświęcone polityce. Masz diametralnie odmienne poglądy niż twoja bardzo aktywnie postująca znajoma? Przestań obserwować jej działalność. Bo nie masz obowiązku tego robić. Najmniejszego. Obserwuj za to tych ludzi czy te strony, które wnoszą do Twojego życia coś dobrego. Na mojej tablicy jest całe mnóstwo jogowo-ajurwedyjskich ciekawostek i przepięknych zdjęć ze strony Faery Dust i oczwiście nie może zabraknąć bezzębnego Mervin The Chihuahua

Nie twierdzę, że social media są złe. Jako autorce bloga pozwalają mi dotrzeć do czytelników, co bardzo sobie cenię. Przeżywam dzięki nim wiele zachwytów, dają mi sporo inspiracji. Wiem jednak jak wpłynęły na moje życie w ciągu ostatnich trzech lat. Więc najzdrowiej – z umiarem.

Link do wykładu Bailey Parnell „https://www.youtube.com/watch?v=Czg_9C7gw0o”

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Create a website or blog at WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: