Yin joga, czyli o trudach leżenia

Nieodmiennie bawi mnie kiedy ktoś, przychodząc po raz pierwszy na moje zajęcia, mówi, że z polecenia koleżanki „bo tu można sobie poleżeć”. Bawi, oczywiście cieszy przeogromnie, bo takie polecenie daje mi poczucie, że to co mam do zaoferowania trafia na podatny grunt, i jednocześnie uświadamia, jak bardzo ten czas na „poleżenie sobie” jest nam potrzebny.

Nazwa yin jogi nie jest przypadkowa. Pierwiastek yin w przeciwieństwie do pierwiastka yang jest nośnikiem takich właściwości jak miękkość, bierność, przyzwolenie, odpuszczenie. Każdy niech odpowie sobie na pytanie, na ile daje sobie przestrzeń na te właściwości na co dzień.

Nasza kultura jest bardzo yang, wymaga od nas takiej aktywności, że nieprzypadkowo wiele osób dosłownie odczuwa stres przed urlopem.

A więc jak to jest z tym leżeniem w trakcie praktyki yin jogi? Łatwo nam przychodzi, czy może wymaga przełamania?

Mniej znaczy lepiej

Pod względem fizycznym, praktyka jogi powięziowej plasuje się w taki oto sposób wśród innych, wybranych stylów jogi:

Nidra – > Joga regeneracyjna – > Yin – > Hatha – > Vinyasa – > Asthanga Vinyasa

A więc w porównaniu z tradycyjnie kojarzoną z „leżeniem sobie” jogą regeneracyjną, joga yin nakłada większe obciążenie na ciało. Działamy poprzez rozciąganie i delikatną kompresję na poszczególne obszary ciała. Należy pamiętać, że jeśli nie obciążamy ciała, osłabiamy je. Kości, chrząstki, więzadła regenerują się i wzmacniają jeśli są w odpowiedni sposób obciążane. Będąc raczej plastycznymi aniżeli elastycznymi, potrzebują długotrwałego obciążenia o niewielkiej sile, tak jak ma to miejsce w yin jodze właśnie. Obciążenie plasuje się na poziomie 50-60%. Chcemy czuć, rozciąganie, chcemy czuć ucisk, jednak nie może być mowy o bólu.

Kluczem do praktyki yin jogi jest umiejętność wyznaczania sobie granic. Najgorszym, co możemy zrobić dla ciała, jest „dopychanie go” do swojej wizji, jak asana powinna wyglądać. Korzystamy z dobrodziejstw Yin jogi, tak długo, jak długo wsłuchujemy się w sygnały z ciała i respektujemy jego granice. I to owszem może być trudne. Ale z całą pewnością warto ten wysiłek podjąć.

Długo jeszcze?, czyli o kontemplacji sufitu

Powiedzmy, że uporaliśmy się z ciałem, z szacunkiem respektujemy swoje granice, pięknie, pierwszy krok mamy za sobą. Ale pojawia się kolejna trudność, kiedy tak „sobie leżymy”. Bywają dni, kiedy nawiedza nas istny tabun myśli. I nie wiedzieć kiedy, znajdujemy się lata świetlne od sali, maty, ba, od własnego ciała.

W bardziej dynamicznych praktykach umysł zajmowany jest kolejnymi asanami, które następują po sobie z większą częstotliwością. W przypadku yin jogi, potrzebujemy znaleźć bardziej subtelne formy zaczepienia, ściągnięcia uwagi od bieżącej chwili. Taką kotwicą może być oddech, mogą być nią również zmieniające się odczucia płynące z ciała. W trakcie 3 czy 5 minut trwania w asanie może okazać się, że w miejscu w ciele, które początkowo było spięte, „ciągnęło”, „gniotło” pojawia się przestrzeń, robi się wygodniej. Jeśli zachowamy tę czujność, może okazać się, że granica przesuwa się, a my możemy doświadczyć więcej.

W jednej z medytacji prowadzonych z nurtu mindfulness, może przez Jona Kabat-Zinna?, niestety nie pamiętam, pojawiło się bardzo trafne porównanie umysłu do ciekawego świata szczeniaczka, który, wiecznie czymś zaciekawiony, biega jak opętany. I tak jak z cierpliwością i zrozumieniem przywoływalibyśmy szczeniaczka, tak z równym zrozumieniem dla natury umysłu „przywołujemy” się do chwili obecnej. Uważność pojawia się, kiedy orientujemy się, że nie jesteśmy uważni.

To dziwne wewnętrzne drżenie

W trakcie praktyki yin jogi pracujemy z powięzią, wciąż dość tajemniczą strukturą, która jednak powoli odsłania przed nami swoje właściwości, będąc w obszarze zainteresowań specjalistów pracy z ciałem. Gorąco polecam książkę Nieskończona sieć. Anatomia powięzi w działaniu, której autorzy, określają powięź mianem ciała emocjonalnego. Po więcej zapraszam do odwiedzenia tego wpisu. Teoria, teorią, a jak to się przekłada na praktykę? Kiedy tak „sobie leżymy”, głęboko, spokojnie oddychamy, mogą nawiedzić nas zupełnie niespodziewane emocje. Wszystkie te niekoniecznie wygodne uczucia, które na co dzień  zamiatamy pod dywan i przydeptujemy nie znikają, zostają z nami jako zaciśnięte szczęki, ucisk w klatce piersiowej, ból głowy. Takimi obszarami zwyczajowo kumulującymi napięcia związane z niewyrażonymi emocjami są biodra i klatka piersiowa. I kiedy z nimi pracujemy może całkiem niespodziewanie pojawić się trudna emocja. Może popłynąć łza, może dopaść nas „głupawka”. Warto dać sobie szansę na doświadczenie tej emocji, uwolnienie jej. Nie zawsze jest to miłe, ale jest konieczne.

Jak widać „leżenie sobie” nie zawsze jest łatwe, wygodne, przyjemne. Ale końcem końców daje ogromne poczucie satysfakcji, wycisza, uziemia, daje poczucie zatroszczenia się o siebie na tak wielu poziomach.

Może zainteresuje Cię:

Po co to wszystko, czyli o intencji

Refleksje nad miską ryżu

Asany, czyli miejsce psa w tradycji jogi

Habit tracker, pomocnik w kształtowaniu nawyków

Do lata piechotą będę szła, czyli ajurwedyjskie sposoby na zadbane stopy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s