Yin joga – dlaczego intensywniej nie znaczy lepiej?

Żyjemy w bardzo intensywnych czasach, nic odkrywczego, i ty, i ja doświadczamy tego na własnej skórze. Ciągle brakuje nam czasu, działamy szybko i oczekujemy szybkich wyników. Szybko działamy i szybko odpoczywamy. Przykre to.

Pamiętam, jaki niesmak i nienazwany żal poczułam widząc, co polski wydawca zrobił z tytułem książki Karen Brody – „Daring to Rest: Reclaim Your Power with Yoga Nidra Rest Meditation”. Po polsku zrobiło się z tego „Joga nidra. Szybki relaks dla zmęczonych kobiet”. Zniknęła medytacja, zniknęło śmiałe odzyskiwanie drzemiącej w nas mocy. Raz! Raz! Relaksujemy się! A potem z powrotem do kieratu.

Bez dwóch zdań podejście yang wypełnia naszą przestrzeń życiową, wypełnia umysł, wpływa na wszystkie aspekty naszego życia. Tymczasem, by czuć się dobrze, optymalnie funkcjonować, trzeba harmonii, równowagi pomiędzy yang a yin, aktywnością a biernością. Trzeba wiedzieć kiedy przycisnąć a kiedy odpuścić.

Praktyka yin jogi zdecydowanie jest miejscem na odpuszczenie. A oto lista kilku powodów dlaczego jogę powięziową uprawiamy właśnie w stylu yin, a nie yang.

Taoistyczne podejście, ukazujące dwoistość otaczającej nas rzeczywistości, pozwala również opisać, na zasadzie uzupełniających się przeciwieństw, tkanki ciała. I tak mięśnie, będąc w swej naturze elastycznymi, klasyfikowane są jako tkanki yang. Aby je ćwiczyć wykonujemy wiele powtórzeń, o krótkim czasie trwania, ale sporej intensywności, nakładając na nie duże obciążenie. Tkanki yin z kolei, powięź, ścięgna, więzadła, charakteryzują się plastycznością i jako takie potrzebują odmiennej stymulacji. Długie okresy trwania w asanie (3- 10 min), stymulacja o niewielkiej intensywności, to własnie pozwala na odpowiednią pracę z tkankami typu yin.

Tak więc długie okresy utrzymywania pozycji nie są sztuką dla sztuki. Sztuką natomiast jest pozwolenie sobie na odpuszczenie, tak odmienne od naszego zwyczajowego dążenia do szybkich wyników i dawania z siebie 100%. To ciągłe dążenie do 100, ba! 120% normy stanowi problem. Jeśli dociskamy ciało do granic jego możliwości, ciało zaczyna się bronić, mięśnie zaczynają się napinać i cały czas spędzony w pozycji staje się czasem straconym z punktu widzenia pracy z powięzią. Delikatna praca z ciałem, pozwala w naturalny sposób na przesuwanie granic, tworzenie przestrzeni w ciele.

Co więcej trwanie w pozycji przez 5 – 6 minut na 100% wytrzymałości jest zwyczajnie nieprzyjemne. Ciało się broni, a jednocześnie aktywuje się współczulny układ nerwowy. Walcz albo uciekaj! Czy praktyka jogi naprawdę jest miejscem na taką walkę z samym sobą? Mało mamy stresu na co dzień? I w imię czego ta walka na macie? Szpagatu? Yin joga uprawiana w duchu yin, czyli bierności, poduszenia, miękkości jest praktyką niezwykle wyciszającą i uziemiającą. Aktywuje przywspółczulny układ nerwowy wprowadzając nas w stan odpoczynku.

Joga to oddech. Często mówi się, że samo trwanie w asanach bez kontaktu z przepływającym przez ciało oddechem staje się stretchingiem. I nie ma w tym nic złego. Z różnych powodów meldujemy się na macie. (Chociaż osoba praktykująca stretching pewnie by się obruszyła, nie mam w tej kwestii żadnego doświadczenia, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, żeby oddech w trakcie rozciągania nie był istotnym elementem.) Wracając do jogi – kiedy naszym celem jest właśnie praktyka jogi, kontakt z oddechem staje się nieodzowny. Wyobraźmy sobie ten oddech w 4 minucie utrzymywania pozycji, którą, mimo np.”zamkniętych” bioder, dociskamy do absolutnego maximum. Nie jest to w żadnym razie doświadczenie ani miłe, ani w jakikolwiek sposób korzystne. Oddech jest doskonałym „intensywnościomierzem” praktyki, jeśli czujemy, że jest utrudniony, urywany to znaczy, że posunęliśmy się za daleko.

I jeszcze parę słów z cyklu joga a ajurweda. Yin joga ze względu na swoje właściwości wyciszająco-uziemiające polecana jest osobom w typie Vata i Pitta, albo takim, które z zmagają się z problemami wynikłymi z nadmiernego wzrostu jednej z tych dosz. I owszem osobie w typie Pitta trwanie w asanie wedle jej wyśrubowanych standardów „na pół gwizdka” z pewnością nie przyjdzie łatwo, jednak bez wątpienia wyjdzie jej na zdrowie. (Wiem, doświadczam na własnej skórze.)

Kiedy ostatnio praktykowałam, leżąc na boku, ze skronią i uchem przy macie, wróciło do mnie wspomnienie z dzieciństwa. Trwając tak z uchem przy macie i słysząc szum swojej krwi, przypomniało mi się jak niesamowicie działał na moją wyobraźnię, kiedy byłam dzieckiem, mit, wedle którego, przykładając ucho do muszli, możemy usłyszeć szum morza. W łazience mojego rodzinnego domu leżała sobie taka duża muszla. Nieodmiennie doświadczałam magii przykładając ją do ucha.

Jak się okazuje magii tej można doświadczyć też przykładając ucho do maty. Trzeba się tylko zatrzymać i dać sobie na to przyzwolenie.

A potem jeszcze przenieść tę praktykę poza matę. Praca na całe życie.

Namaste!

Może zainteresuje Cię:

Ajurweda i joga a złość

Siemię lniane

Dosze rządzące snami

Migrena – spojrzenie ajurwedyjskie

Waju mudra

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s